Dziecko to największy cud. Nie jestem matką idealną, ale od zawsze tak do tego podchodzę. Wydaje mi się, że właściwe wychowanie można zamknąć mniej więcej w czterech zasadach: kochać, chronić, uczyć i dać swobodę. Choć ostatnio coraz częściej dociera do mnie, że to dziecko, nas, dorosłych może więcej nauczyć. Jesteśmy głupio-mądrzy, w przeciwieństwie do naszych dzieci. Żyjemy w świecie wszechobecnych kłamstw, w rzeczywistości narzuconej przez kogoś innego. Dziecko rodzi się wolne, bez bagażu doświadczeń i tresury. Wie, co dla niego dobre. Czasem, zamiast po raz kolejny zmuszać go do pewnych rzeczy, odpuśćmy i zastanówmy się, czy nie jesteśmy w błędzie.

1. Chrzest „święty”

Obowiązkowy punkt na liście wydarzeń do odhaczenia dzisiejszych rodziców. Dziecko MUSI być ochrzczone, bo wszyscy chrzczą, bo my też byliśmy, bo co rodzina powie? Rodzicom śpieszno do chrztu, jak do szczepionek, gonią do przodu ślepo, niczym stado baranów, zamiast zastanowić się. Po co? Do czego to jest potrzebne? Skoro Chrystus chrzcił osoby dorosłe, dlaczego dzisiaj chrzcimy dzieci? Pomijam fakt, że nauki Chrystusa wywodzą się z cesarstwa bizantyjskiego, a współczesne chrześcijaństwo – z cesarstwa rzymskiego. Cesarstwo to wcale nie upadło, jak uczą w szkołach – a trwa do dzisiaj. Kościół je kontynuuje. Pomijam też fakt, że w dzisiejszym kościele nie ma Boga, za to w Watykanie siedzi diabeł. Brzmi niewiarygodnie? Poszukajcie informacji, a zdziwicie się bardzo. Księża nie służą Bogu, ale samym sobie i nie tylko. Temat jest szeroki, można poczytać o tym sporo. Wracając do chrztu. Czym tak naprawdę jest ten rytuał? Otóż jest pierwszym z szeregu sakramentów, który blokuje najważniejszy dla człowieka organ – szyszynkę, czakrę korony. O tym, jak ważny jest to organ, można przeczytać → tutaj. Ogłupia, czasem powoduje ból, niektóre dzieci podczas chrztu płaczą. Ksiądz dokonuje tego, rysując dziecku znak krzyża na czole. Moje dziecko nie zostało ochrzczone z powodu zawirowań życiowych, chrzest został odłożony, a dziś wiem, że do niego nie wrócę. Cieszę się bardzo, że tak to się potoczyło.

 

2. Zmuszanie do jedzenia

Wy też jako dzieci byliście niejadkami? To dlaczego zmuszacie do jedzenia swoje dzieci? Nieśmiertelne teksty, w stylu: „dopóki nie zjesz, nie odejdziesz od stołu”, „jak nie zjesz, nie dostaniesz deseru”, czy desperackie „zjedz chociaż mięso, zostaw ziemniaki” serwowali nam dziadkowie i rodzice, teraz serwujemy i my. Organizm dziecka nie dąży do samozagłady. Je wtedy, kiedy potrzebuje. Wciskając dziecku obiad nie czujmy się, jakbyśmy wiedzieli lepiej. Tym bardziej, że typowe posiłki są najczęściej źle skomponowane. Tłuszcze z białkiem i węglowodany, mięso z ziemniakami. A przecież paliw się nie miesza, nic dziwnego, że dziecko nie chce jeść. Każda dobra dieta zakłada małą ilość spożywanych pokarmów: albo tłuszczy, albo węglowodanów, albo białek, albo surowych warzyw i owoców. Jedzenie musi być przemyślane, nie wolno wrzucać sobie byle czego, jak do śmietnika. Dziecko ma w sobie dużo energii, czerpie ją z ziemi i ze słońca, spędza dużo czasu na powietrzu. Nie potrzebuje pobierać go dodatkowo w tak dużym stopniu z pożywienia.

3. Zmuszanie do kąpieli

Dzieci nie lubią się myć. Tak było, jest i będzie. Pamiętam, że mój syn do pewnego etapu płakał przy myciu głowy, to był standard. Jako młoda matka, nie wiedziałam, że niemowlaka się nie kąpie. Nie ma po prostu takiej potrzeby, a co więcej – nie powinno się tego robić, bo zmywa się jego warstwę ochronną. Wystarczy go wycierać czystym ręczniczkiem zmoczonym wodą, ewentualnie umyć pupę 100% naturalnym mydłem. I to wszystko. Zaś bezpośrednio po porodzie nie powinno się myć go wcale, a pozwolić jego skórze wchłonąć wszystkie potrzebne substancje i bakterie. Prawidłowo powinniśmy się kąpać 1-2 razy w tygodniu, a codziennie możemy się po prostu podmywać. Dzięki temu nie zmywamy dobrych bakterii, które są nam potrzebne. Co ciekawe, wraz z potem, skóra wydziela żelazo, które wchłania się do organizmu. Dzieci lubią wodę, ale nie chemię. Ja zaś swojemu małemu dziecku serwowałam kąpiele dzień w dzień. Z chemicznymi szamponami i płynami, których składu nawet nie znałam. Dziś wiem, co w nich jest i nie dziwię się, że dziecko się przed tym broniło.

4. „Nie chodź bez kapci”!

Do dziś to powtarzam, bo to silniejsze ode mnie, ale wiem, że to błąd. Sama w dzieciństwie chodziłam boso. Moje dziecko też uparcie chodzi boso. Zdrowe stopy to zimne stopy. Dziecko podświadomie wie, że trzeba się uziemić i czerpać energię z ziemi. Jednak, choć w domu jesienią i zimą często każę nosić kapcie, to latem na podwórku bez przeszkód pozwalam dziecku biegać bez butów i skarpetek.

5. Ciągłe zwracanie uwagi

O tym pisałam wcześniej. Codziennie widzę dookoła matki, które nakazują, zakazują, ciągle coś gadają do dzieci, zwracają im uwagę, co mają robić, a czego nie. Są to matki „wiszące” nad dziećmi. Dzieci są wtedy sfrustrowane i nieszczęśliwe, czasem wyżywają się na rówieśnikach, czasem i na samych rodzicach. Nie rozumiem podejścia nakazującego dziecku robić konkretne rzeczy w konkretnym czasie. Dlaczego samo nie miałoby wiedzieć, co robić? Jak się bawić, z kim się bawić. Co się stanie, gdy wejdzie na ślizgawkę od drugiej strony czy zakopie w piasku po pas? Gdy mówimy mu, że jest niegrzeczne, przylepiamy mu nieświadomie łatkę, ono wtedy utożsamia się z tym określeniem. Zamiast krytykować, wspierajmy go i mówmy, że jest dobre i zdolne. Dajmy mu swobodę, niech próbuje różnych rzeczy – w granicach rozsądku oczywiście – niech poznaje świat samodzielnie.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.