Wszystkie lubimy kosmetyki. Uwielbiamy zmieniać wizerunek, próbować nowości. Która z nas odwiedza sklep kosmetyczny lub dział z kosmetykami częściej niż raz w tygodniu? Zawsze coś weźmiemy. Produktów są setki, regularnie pojawia się coś nowego do przetestowania, półki uginają się od kosmetycznego dobrobytu. Wszystko dla nas. Ale wykonajmy test. Nich każda z Was pójdzie teraz do swojej łazienki i rozejrzy się dookoła. Weźcie dowolny produkt, który macie pod ręką. Niech będzie to szampon albo żel pod prysznic. Pasta do zębów albo lakier do paznokci. Ile wiecie o produkcie, który trzymacie w ręku? W zasadzie nic. Kosmetyk w ładnym opakowaniu, na odwrocie etykiety jest podany skład lub nie. Jeżeli jest – spis składników nic nam nie mówi. Można rozszyfrować niektóre z nich, ale ogólnie nie wiemy, co jest w środku. Ani jak na nas działa.

Poniżej opiszę, co kryje się w produktach, które trzymamy w łazience, a Wy zastanówcie się, o ilu z nich wiedziałyście do tej pory.

Pasta do zębów

Prawie każde opakowanie dumnie prezentuje informację, że pasta zawiera fluor. Fluor jest dobry, bo zapobiega powstawaniu próchnicy, tak nam mówiono od zawsze.  Jest to bzdura, którą należałoby w końcu obalić. Fluor w znikomych dawkach jest nam potrzebny, jednak w większych ilościach jest toksyczny. Regularne trucie organizmu powoduje uszkodzenia ośrodkowego układu nerwowego, rozstraja tarczycę, powodując niedoczynność, powoduje alergie skórne, bóle głowy i stawów. Badania na temat fluoru zaczęto fabrykować w USA w latach 40′ i 50′. Ich prawdziwe wyniki zostały utajnione przez komisje wojskowe. Zaczęto upowszechniać mity, które żyją do dzisiaj i są powielane przez stomatologów. A ponieważ w większości miast w Polsce fluor dodawany jest do wody wodociągowej, jest spore ryzyko notorycznego przedawkowywania go. Zatem jak najszybciej wyrzuć swoją pastę i zaopatrz się w taką bez fluoru.

Antyperspirant

Tu kolejne zaskoczenie, bo antyperspiranty, bez których nie wyobrażamy sobie poranka, również zawierają truciznę. A jest nią aluminium. Sole aluminium (na opakowaniu mogą być wymienione jako związki glinu) zwężają pory w skórze, dzięki czemu skóra się nie poci. A ponieważ bakterie nie mają wtedy pożywki, zapobiega to powstawaniu nieprzyjemnego zapachu. Problem polega na tym, że aluminium jest rakotwórcze. Codzienne korzystanie z antyperspirantów powoduje kumulację tych związków pod pachami. Nie ma chyba sensu ryzykować i sprawdzać efektu działania tego metalu na własnej skórze, tym bardziej, że na rynku są dostępne antyperspiranty bez aluminium.

Podpaski i tampony

Wydawałoby się, że produkty kobiece do higieny intymnej z założenia muszą być czyste i sterylne. Nic bardziej mylnego. Jest to ogromny rynek, w którym konkurencja jest duża i każdy producent redukuje koszty do minimum. Podpaski i tampony produkowane są w odpadów przemysłowych i bielone za pomocą chloru. Jak działa chlor wiemy, bo każda z nas zna działanie wybielacza. A jak cząsteczki chloru zachowują się, gdy dostają się do wnętrza stref intymnych? Niszczą błonę śluzową, dając sporo wolnego miejsca dla bakterii patogennych. Wówczas mamy nawracające infekcje, które trzeba leczyć. Od dłuższego czasu telewizja atakuje nas reklamami preparatów z apteki do leczenia takich infekcji intymnych. Jak widać, sporo osób może na nas zarobić. Ostatnio udało mi się dostać podpaski, które w składzie mają jedynie bawełnę ekologiczną (bawełna GMO, odporna na glifosat, jest nim przesiąknięta ), masę celulozową i skrobię kukurydzianą. Polecam, bo są tak samo dobre, jak każde inne. Są droższe, ale moim zdaniem i tak warto.

Szampony i żele pod prysznic

Tu nie będę się rozpisywać, bo każda z nas na pewno już się z tym tematem zetknęła. Kosmetyki do mycia zawierają parabeny, PPG, PEG, SLS i mnóstwo innych chemicznych środków, które w najlepszym razie wysuszają skórę, a potrafią także wywoływać alergię, powodować wypadanie włosów, zaburzenia hormonalne i wiele innych dolegliwości. Patrzmy na skład kosmetyków – im krótszy, tym lepszy. Najlepsze do mycia jest szare mydło, które dzisiaj potrafi przybierać fajną formę i zawierać mnóstwo naturalnych dodatków, które pięknie pachną i koją skórę.

Balsamy do ciała i kremy do twarzy

Zwierają one to samo co szampony i żele pod prysznic. Najlepszą alternatywą są olejki naturalne, których mamy w sklepach spory wybór. Ja przed wakacjami przelałam trochę oleju kokosowego do buteleczki z atomizerem. Używałam go na plaży i używam go teraz w domu. Ma piękny zapach i jest niezastąpiony. Do twarzy używam olejku z orzechów macadamia, a na suchą skórę (np. nóg) nakładam masło shea, które pięknie i głęboko nawilża.

Szminki do ust

Podobno statystycznie kobiety „zjadają” ok. 4 kilogramów szminki w ciągu całego życia. A tymczasem szminki zawierają… ołów i dziesiątki innych metali, jak arsen, kadm, rtęć, nikiel, beryl czy tal. Typowa szminka zawiera kilkanaście toksycznych, rakotwórczych substancji. Metale ciężkie zawierają też cienie do powiek, błyszczyki  i korektory. Natknęłam się ostatnio na artykuł w kolorowej gazecie na temat kosmetyków niezbędnych do codziennej pielęgnacji twarzy. Było ich osiem albo dziesięć. Maseczka, żel do mycia, tonik, krem, serum, mgiełka, baza pod makijaż, fluid… i może coś jeszcze. Wszystkie podobno potrzebne. Skoro każdy zawiera solidną dawkę chemii, co przyniesie codzienne nakładanie tego wszystkiego przez lata? Moja skóra od zawsze się buntowała. Po toniku wyskakiwały pryszcze, mało który żel do mycia się nadawał. Od szkoły średniej nie było mowy o wyjściu na ulicę bez podkładu, korektora i pudru, bo pod tą maską moja skóra się pociła. Przez lata dotarłam do dwóch kosmetyków, po których stan skóry się poprawiał. Jednym z nich były kosmetyki Tołpa (dziś już ich nie stosuję, ale dobrze wspominam), a drugim… zwykłe mydło. Od dłuższego czasu myję twarz mydłem i już nie eksperymentuję, a od początku lata przestałam się malować i – o dziwo – nie jest wcale tak źle, a skóra w końcu może odpocząć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.