Dziś opowiem Wam o niedoczynności tarczycy, którą wykryto u mnie osiem lat temu. Na pewno wielu z Was też na to cierpi, bo to plaga dzisiejszych czasów. Wiele moich znajomych, z tego co widzę, ma problemy z tarczycą i na stałe przyjmuje leki.

Moja historia zaczęła się w 2011 roku w gabinecie ginekologicznym. Bardzo miła Pani doktor, do której stale chodziłam, w związku z nieregularnymi miesiączkami, rzuciła podejrzenie zespołu policystycznych jajników (PCOS) i skierowała mnie do endokrynologa. Poszłam. Przyjęła mnie stara kobieta. Siedząc u niej w gabinecie, zastanawiałam się, dlaczego w tym wieku jeszcze przyjmuje pacjentów. Zleciła USG tarczycy, TSH, FT3, FT4 itp. Standardowe badania. Kiedy wróciłam do niej z wynikami, usłyszałam, że jeden z płatów tarczycy jest niewykształcony, w związku z czym konieczne będzie branie leków. Do końca życia. Przepisała Euthyrox.

Leki wykupiłam i zażyłam wszystko. Ciekawe było to, że nie czułam żadnej różnicy. Kiedy przyszedł czas powrotu po kolejną receptę… No cóż, nie poszłam. Przeciągałam to i przeciągałam. Jakoś nie było mi po drodze. Jak widać, nie byłam zbyt pilna w dbaniu o zdrowie.

W następnym roku trafiłam do kolejnej ginekolog, która potwierdziła zespół policystycznych jajników. Przepisała hormony i zastrzegła, że będą problemy z zajściem w ciążę, trzeba będzie minimum sześciu miesięcy leczenia zanim – być może – się uda. Miałam 26 lat i w tamtym czasie nie myślałam o dziecku. Zdarzało mi się pominąć tabletkę, ale nie przejmowałam się tym. Przecież i tak nic się nie stanie.

Zaszłam dwa miesiące po tamtej wizycie. W trakcie brania hormonów – leków na moją przypadłość. Ja – bezpłodna osoba z PCOS zaszłam w ciążę, jak widać bardzo łatwo. Prowadziła ją już inna ginekolog, wszystkie badania, które zleciła robiłam na bieżąco. Powiedziała mi wtedy, że najwidoczniej nie mam PCOS – skoro zaszłam w ciążę. Miałam mętlik w głowie. Mam to, czy nie? Gdzieś w tyle głowy cały czas siedział mi też ten cholerny Euthyrox.

Pod koniec 2012 roku urodziłam dziecko, najwspanialszego na świecie chłopca, zdrowego, z maksymalną punktacją w skali Apgar. Cała ciąża przebiegła bez problemów. Trochę stresu najadłam się w szpitalu, przed porodem, kiedy wypłynęło, że mam niedoczynność tarczycy. Nakłamałam, że brałam w ciąży leki, tylko nie pamiętam dawki. Miałam wyrzuty sumienia. Kiedy kilka tygodni później poszłam do swojej ginekolog na wizytę kontrolną, przyznałam się do tego, że nie brałam tych leków. Zapytałam, czy to może mieć wpływ na moje dziecko. Nie wiedziała co mi odpowiedzieć.

Z tarczycą postanowiłam zrobić porządek dopiero po pięciu kolejnych latach. Generalnie nic mi nie dolegało, czułam tylko częste zmęczenie i byłam pewna, że to z jej powodu. Zrobiłam badania przed wizytą, te same, które zlecono mi w 2011 i z nimi poszłam do całkiem innej endokrynolog.  Pani rzuciła szybko okiem na moje wyniki i powiedziała, że są w normie. Nie mam niedoczynności.

Ale jak to? Przecież mam jeden płat niewykształcony, brałam kiedyś leki. Zrobiłyśmy dla formalności USG na miejscu, podczas którego uświadomiła mnie, że drugi płat przejął jego funkcję. Wszystko jest w porządku. W taki oto sposób z osoby przewlekle chorej stałam się zdrowa. Wygrzebałam te stare wyniki, one też były w normie. Dlaczego starucha przepisała mi leki do końca życia? To jest zasadnicze pytanie. Gdybym przyjmowała sztucznie tyroksynę, tarczyca w końcu przestałaby ją wytwarzać. Rozwaliłabym ją sobie na własne życzenie, w całkowitej niewiedzy. Nie sprawdziłam wtedy nawet tych wyników, zaniosłam je tej babie i uwierzyłam w bzdury, które mi podała. Przyszłam z zespołem policystycznych jajników, wyszłam z lekami na tarczycę. Po latach dowiedziałam się, że PCOS ma szerokie spektrum objawów i ich nasilenia. Czasem objawy są nieznośne i wówczas schorzenie się leczy. Jeśli nie są – nie trzeba. Więc nie leczę. Nie wiem nawet, ile prawdy w tym jest. Może w ogóle nie ma takiego schorzenia. Przez pewien czas przyjmowałam tabletki antykoncepcyjne, ale z nich zrezygnowałam. Doszłam do wniosku, że przyjmowanie syntetycznego estrogenu doprowadzi do tego samego – zahamowania wydzielania go przez mój organizm. Może cała historia zaczęła się właśnie przez nie? Może zakłóciły cykl i przez to historia zatoczyła takie koło?

Staram się nie chodzić do konowałów, lekarzy-sprzedawców leków, którzy siedzą w gabinetach nie po to by leczyć, tylko przepisywać recepty na choroby, których nie ma. Moje ciało reagowało obojętnością na Euthyrox. Nie potrzebowało go, dlatego czułam opór w pójściu po więcej. Dziś nie biorę żadnych leków.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.